16 / 17

Skończył się rok, a z nim świąteczny tydzień spokoju, tęsknoty, rozpamiętywania i podsumowań. Nie będę się wdawał w pisanie o tym co było dobre, a co nie do końca się udało. Jednak jedno muszę stwierdzić: to był kawowy rok pełen nowości, zdobywania „kawowej” wiedzy (której ogrom jest nieokreślony), kilkunastu cuppingów i odnalezienia w kawowym varietal’u.

Jednak czasem nie potrafię odnaleźć właściwej drogi i czuję się zagubiony. A to zagubienie ma również wymiar rzeczywisty, odnoszący się do prawdziwego życia. I niekiedy przychodzi taki moment, że wszystko trzeba zaczynać od podstaw, taka „praca organiczna”, której podsumowaniem będzie światło, które na razie jest, ale na końcu tunelu.

Początek roku i przepowiednie „średniowiecznych” astrologów, którym nie mogłem się oprzeć. Dają iluzoryczne poczucie rewelacyjnego otwarcia i fenomenalnie dobrych zdarzeń, ale czy naprawdę tak będzie – mam na to cały rok aby się przekonać, czy magiczna szklana kula miała rację…

Koniec i początek, coś się kończy, coś się zaczyna – koniec już nastąpił wraz z 31 grudnia, a zaczątek zdominowały ambitne plany i cele ale i trochę zaniedbanej miłości i namiętności – świadomość rzeczywistości, która czasami umyka, a jej nadrzędną rolę przejmuje fantazja i wiara w cuda, co z reguły zawsze kończy się upadkiem na beton życia.

Pomimo, że wcale nie było to moim zamiarem, trochę prywaty przemyciłem, opisując swoje i może nie tylko moje, czasem pogmatwane życie.

Minął już miesiąc od ostatniego blogowego wpisu o kawie i tym co w moim świecie kawy, muzyki, dobrej książki, wyśmienitej kuchni i biegania się kręci.

Drugi stycznia to taki dzień, w którym dźwięk budzika wyrywa nas z sennego letargu długiego świątecznego tygodnia i brutalnie wtłacza w nowy tydzień, rozpoczynając przygodę kolejnego roku, w którym życzę wszystkim tego czego sobie życzycie.