Jesienne słońce

Zachęcający do spacerów dzień, to o tej porze roku rzadkość. Za oknem cudowne Słońce i o dziwo ciepło i przyjemnie.
Nie zastanawiając się ani chwili ubrałem Oxfordy i udałem się uliczkami starego Krakowa, na długi spacer, który zamierzałem zakończyć w ulubionej i obdarzonej niesamowitym klimatem Kawiarni.
Bardzo lubię odwiedzać to przyjazne miejsce, w którym spotykają się ludzie, dla których kawa, to smak, a z rewelacyjną obsługą można śmiało przegadać pół życia i oczywiście napić się kawy.
Ale skoro zacząłem spacer, to kawa musi poczekać, abym do niej dotarł krakowskimi uliczkami, bo przecież tyle co rozpocząłem kawową podróż.
I tak idę ulicą Smoczą, mając przed sobą majestatyczną wawelską zabudowę, ogrodzona dzisiaj barierami, co skłoniło mnie do refleksji, jakież to wydarzenie, bo przecież nie uroczystość, „odłączyło” Wawel od tchnienia pięknego piątkowego dnia.
Dociekliwi czytelnicy domyślą się, a ja nie będę wdawał się w polityczną dysputę na temat naszego kraju, choć nie przeczę korci mnie….
Ulica Grodzka i pięknie świecące Słońce, oślepiające promieniami, odbijającymi się od jeszcze wilgotnego jesiennego trotuaru.
Przyjemnie jest zatopić się w tłum turystów na Grodzkiej, której „zwieńczeniem” nie jest rynek, a panie chodzące z różowymi parasolkami, z którymi zawsze zamienię kilka słów. Zaproszenie do środka jest zawsze aktualne.

krakow
Mijam Starbucks’a, może nie szerokim łukiem ale z taka pewną nieśmiałością, wynikającą z ciepłych wspomnień związanych z tą kawiarnią. Tak kawiarnią, bo wg mnie jest to najlepsza kawiarniana sieciówka na świecie, tworząca swoistą popkulturę, której swego czasu sam byłem częścią.
Mijam Teatr Bagatela i jestem, tam gdzie kawa z dripa, którą zamówiłem, smakuje jak „czwartkowe beaujolais”. Muszę przyznać, że winny smak, poczułem dopiero, przy drugiej filiżance, ponieważ pierwszą „wchłonąłem”, zwracając uwagę tylko, albo aż, na rewelacyjne orzeźwiający smak i bardzo lekkie body. Rzecz jasna smaków było kilka ale najpierw należałoby przedstawić bohaterkę dzisiejszego dnia – Burundi, kawa z Burundi.
Lubię patrzeć jak świetnie wyszkoleni bariści a raczej baristki, parzą dripową kawę, a jej aromat rozchodzi się przygotowując mnie na… podróż do winnic, cytrusowych plantacji oraz najlepszych cukierni, tworzących karmelowe arcydzieła.
Tak, to wszystko, można wyczuć, a w przypadku tej konkretnej kawy nie jest to wcale takie trudne i skomplikowane, czyli tak zwana oczywista oczywistość.