Kawa przed ścianą

Tęsknota, przerażenie, miłość i zdrada. To wszystko mam przed oczami, a dokładniej mówiąc, na srebrnym ekranie telewizora z lat minionych. Zdaję sobie sprawę, że takich telewizorów ze srebrnymi ekranami już nikt nie posiada, ale cofając się w czasie, z pomocą wyobraźni, spróbujmy znaleźć się w tamtych czasach, do których znakomicie przeniesie nas film Allana Parkera The Wall, który nie wiedzieć czemu, postanowiłem oglądnąć w niedzielny poranek, tuz po zaparzeniu kubeczka pysznej kostarykańskiej kawy.
Tak wiem, w tamtych czasach w Polsce nikt jeszcze nie słyszał o kawie z Kostaryki i pragnąć fotograficznie pokazać tamten czas, powinienem zaparzyć kawę, nazwijmy ja po turecku, (zapewne wszyscy domyślimy się, co tak naprawdę powinno być w kawowej szklance lat 80 tych).
Ale wracamy do teraźniejszości, która niestety niekiedy zaczyna się mocno kojarzyć, za sprawa rządzących, z latami, które już dawno powinniśmy mieć za sobą.
Patrze na to muzyczne arcydzieło, głaszcząc podniebienie, kawą, która powoli staje się rytuałem graniczącym z obsesją. Jednak biorąc pod uwagę obrazy, które widzę na „umówionym” srebrnym ekranie, ta obsesja wcale nie jest taka trudna do zaakceptowania.
Uświadomiłem sobie właśnie, że w poprzednim blogu, także główną rolę odegrał Bob Geldof, i dzięki temu połączył muzyczna klamrą dwie kawowe doskonałości.
Zastanawiam się także, dlaczego w tak piękny zimowy, rozświetlony słońcem i roziskrzony śniegiem poranek, wybrałem tak trudną pozycje, jaką niewątpliwie jest The Wall i powiem szczerze, że nie wiem. Wybrałem ten film z półki pełnej rożnych innych wspaniałych filmów – tak miało być.
Sceny, które śmiało malują nastrój pędzlem wyobraźni, skojarzyły mi się z twórczością Mistrza Beksińskiego, którego wystawa w Nowohuckim Centrum Kultury, zmienia percepcję rzeczywistości – polecam.
wall
Wracamy do kawy – Kostaryka Tarazzu. Ładne, średniej wielkości, idealne, bez defektów ziarna, w których aromacie z całą pewnością można wyczuć brązowy cukier i kwiaty. Według niektórych dobrych palarni, gdzieś w środku aromatu, znajdują się orzechy, których ja nie wyczułem. Ale to informacja dla „wytrawnych” nosów.
Zmielenie dodało trochę ostrości przypraw, podbijając aromaty opisane wcześniej.
Przejdźmy do parzenia, do którego wykorzystałem kawiarkę Bialetti. I muszę przyznać, ze trochę się zaskoczyłem, ponieważ kawa niespodziewanie (biorąc pod uwagę jej aromat po otwarciu i zmieleniu) smakuje cytrusowo, zdecydowanie wyczuwalny grapefruit, czekolada i tropikalne owoce i myślę że dzięki tym cytrusom, kawa personifikuje świeżość kostarykańskiego poranka, co odzwierciedla w smakowych odczuciach. Średnie body i średnia kwasowość dopełniaja smakowego obrazu.
Bardzo się ciesze, że do tego filmu udało mi się zupełnie przypadkowo, dobrać kawę, która zdecydowanie ociepliła zimny telewizyjny obraz.